Mamo/Tato, a mi się nudziiiii!


Nie ma chyba zdania, które by bardziej denerwowało zapracowanego rodzica. Lata człowiek od rana do wieczora jak nakręcony, nie wie, w co ręce włożyć – prawie cały dzień siedzi w pracy, po przyjściu do domu – zaczyna uwijać się jak w ukropie, żeby wszystko ogarnąć (obiad/kolację na już, obiad na jutro, pranie, sprzątanie, gotowanie, odrabianie lekcji, jakieś papiery z pracy, jeśli się nie wyrobiło w biurze…) – a tu to urocze, dobijające zdanie, które ‘dokłada’ galopującemu rodzicowi na jego i tak przeciążone barki. „Nudzi mi się” – wrrrrrrrrrrr.

Takie zdanie ma oczywisty podtekst: zajmij się mną. Jakiekolwiek próby zaangażowania dziecka w swoje prace („O, to fajnie, chodź, pomożesz mi kroić marchewkę na jutrzejszą zupę..”) kończą się zazwyczaj niepowodzeniem („Eeee, to nudne, ja nie chcę..”). Cóż zatem, jako że nikt nie chce być wyrodnym rodzicem, które tylko przegania dziecko z kąta w kąt, zalatana mama/zabiegany tata z mopek/nożem do warzyw/proszkiem do prania w ręce wymyśla coś, czym by tu zająć pociechę. „A może porysujesz? Pooglądasz komiks? Popatrzysz na bajki? Pograsz na komputerze?” – i czasami udaje się jakoś wybrnąć z opresji – dziecko ląduje przed TV, komputerem lub z kredkami w ręce, a zestresowany rodzic (bo jednak nie tak to powinno wyglądać…), pospiesznie wraca do mopa/garów czy prania.

Gdy jednak mimo wszystko pociecha nie daje się spławić, należy wysilić szare komórki i błysnąć koncepcją, która olśni znudzoną dziecinę. „To może zrobimy sobie Festiwal Piosenki Kuchennej, co? Ja będę kroić marchewkę/myć podłogę/nastawiać pranie, a ty pośpiewasz? Będę w jury, na koniec zwycięzca dostanie nagrodę…” Ostatni punkt programu zazwyczaj odnosi zamierzony skutek i już po chwili dziecko, wielce ochoczo, zaczyna wyśpiewywać wszystkie znane mu piosenki. Gorzej, gdy potomek zażąda konkurencji – współudział mamy/taty jest wówczas nieunikniony. Cóż, należy wtedy szare komóreczki wysilić jakby bardziej i dogrzebać się do zapomnianych przez lata tekstów rozmaitych hiciorów ‘Fasolek’ czy innych zespołów dziecięcych z dawnych lat. Zawsze coś tam się przypomni, zawsze można improwizować, dokładając do tego wyśmienitą choreografię przy mopie, śpiewając do na wpół obranej marchewki… ;) sukces gwarantowany, dziecko zabawione, podłoga umyta/marchew w garze, pranie już się wiruje.

A nagroda? No cóż, dzieci to pamiętliwe stworzenia, zatem nie należy pokładać wiary w tym, że odpuści. Nagroda obiecana, koniec, kropka. Pół biedy, jeśli akurat ma się pod ręką jakiś atrakcyjny gadżet.. gorzej, gdy nawet piątaka w portfelu nie ma, który mógłby uchodzić za laury dla zwycięzcy (którym – oczywiście – jest dziecko). Cóż, wówczas zawsze można sięgnąć po nagrodę.. specjalną, którą jest ni mniej, ni więcej przywilej zmycia naczyń po kolacji. Jest szansa, że po czymś takim zwycięzca Festiwalu Piosenki Kuchennej następnym razem będzie wolał ponudzić się w zaciszu swojego pokoju.. ;)