Ironia losu


Przygodę z ironią losu zaczęłam dość wcześnie. W końcu – to nic dziwnego, skoro mieszkałam przy torach kolejowych, prowadzących m.in. do Jarocina. Pamiętam, że jako dość mała (i młoda) dziewczynka chadzałam popatrzeć na pełne kolorowych, zwariowanych ludzi, jadących ‘do’ – oraz wymęczonych, szarych od kurzu, lecz jakże szczęśliwych ludzi wracających ‘z’…. Jak ja chciałam z nimi jechać i ‘do’ i ‘z’!!! Niestety – rodzicielka stanowczo oponowała przeciwko moim tęsknotom, a jako że byłam wówczas mocno nieletnia, opcja: ‘Cześć, mamo, jadę na festiwal do Jarocina, wrócę, jak się skończy’ (i trzaśnięcie wyjściowymi drzwiami), zupełnie nie wchodziła w grę.

Pełna żalu do swego młodego wieku obiecałam sobie, że gdy tylko skończę 18 lat (na szczęście w miesiącu poprzedzającym Jarocin), zapakuję plecak i postawię mamę przed faktem dokonanym: ‘Cześć, mamo, jadę na festiwal do Jarocina, wrócę, jak się skończy’. I trzaśnięcie drzwiami.

Oczywiście – ironia losu, w roku, w którym uzyskałam dokument potwierdzający moją pełnoletniość, festiwal w Jarocinie zawieszono. Nie trzasnęłam drzwiami.

Za to później pojawił się Woodstock. Udało mi się wyszaleć na nim tylko jeden, jeden raz – a był to wspaniały, zwariowany raz, po którym obiecałam sobie, że dopóki sił mi starczy, będę wymiatać pod sceną – nawet jako zgrzybiała staruszka.

W czasie kolejnego sezonu na Woodstock piastowałam w ramionach noworodka – swojego - i jakoś nie miałam głowy do tego, aby pomiędzy pieluchami i przecieraniem marchewki pamiętać o festiwalu. Ironia losu.

Tak jest do dzisiaj. Dziecię co prawda podrosło – i pewnie dałoby się je podrzucić którejś babci na te parę festiwalowych dni, ale.. pozostałe są za małe i żadna babcia nie jest na tyle wyrywna, aby podjąć się kilkudniowej opieki nad całą bandą.

Może zatem kiedy podrosną…, e, nie, wróć. Bo wtedy będą chciały jechać ze mną, a co to za zabawa, z kupą drobiazgu u kiecki? Nie, trzeba poczekać. W końcu czekanie to ważna umiejętność w dorosłym życiu, prawda? Przekonałam się o tym już nie raz (poczekam, kiedyś się wyśpię.. poczekam, aż spłacimy kredyt.. poczekam, aż małe zaczną chodzić/zgłaszać potrzeby fizjologiczne/przestaną chorować.. :)

Poczekam sobie zatem kolejny raz – tym razem na to, aż mi się dzieci usamodzielnią – i jeśli tylko będą jeszcze organizować festiwale tak, jak lubię, to pojadę. No chyba, że wcześniej zupełnie stracę słuch ze starości… ;)